Stare polskie filmy dobre czy złe?

 

O gustach się nie dyskutuje – to oczywista nieprawda dla każdego krytyka, choć ostateczną miarą jest dla niego zawsze osobisty smak i wrażliwość. Możemy więc wspólnie spierać się i godzić nad wartością czy interpretacją filmu, ażeby następnie wrócić do własnej jaskini subiektywizmu i pisać w niej, co myślimy i uważamy. Zamknięci w bańce własnych przekonań filmowi publicyści opakowują kolejne tytuły we osobiste sądy i jednym słowem umieją spychać dzieła do kinematograficznego Hadesu – na wieczne potępienie. Podróże do świata zmarłych do łatwych i bezpiecznych nie należą, niemniej jednak czasem warto przebyć tę drogę, ażeby przywrócić światu zapomniane.
Co konstytuuje dobrego krytyka? Smak, erudycja, wyśmienity kunszt – na pewno. Niemniej jednak co jeszcze powinno go określać? Zapewne mogą pojawić się różne propozycje. Moja brzmi: całkiem możliwe, że skazana na porażkę próba wyjścia oprócz swoją bańkę spersonalizowanych wartości i sądów. Ma możliwość łatwiej byłoby powiedzieć: empatia – wobec filmu, wobec jego bohaterów, wobec autora i jego wartości wpływających na ostateczny kształt dzieła. Rozdawanie razów przychodzi z łatwością. Wielu filmom się one należą – dyscyplinują rozbuchane ego twórców, strzegą jakości, uwrażliwiają. Wpychają też w niebyt, ,szlachtują” autorów i dzieła, które nie trafiły na swój czas, nie zbiegły się z dominującą wśród krytyków wrażliwością, czy zwyczajnie zostały źle zrozumiane. Obecnie, w epoce mediów społecznościowych, forum Filmwebu, pączkujących blogów filmowych, prawie każdy może wypowiedzieć się i uzyskać posłuch. Krytyka się demokratyzuje. Gusta, wrażliwości, smaki krzyżują i zlewają w kakofonię głosów. Można się w tym nadmiarze utopić, lub w nim pławić. Ja powiem, ,nie gorzej jak jest więcej”: zdań, sporów, ocen, opinii.
Jeszcze piętnaście lat temu, przed epoką internetu w Polsce, sytuacja wyglądała całkiem inaczej. Kilkudziesięciu opiniotwórczych krytyków, dwa istotne filmowe miesięczniki, wiele poczytnych kulturalnych rubryk w znanych gazetach. Zamknięte grono debatowało i wyrokowało. Czytając recenzje z przełomu wieków, można odnieść złudzenie, że była to dość jednolita wspólnota – wyrastająca z etosu inteligenckiego, ceniąca kulturę wysoką, strzegąca dobrego smaku. Niełatwo nie odnieść wrażenia, że profil publicystów rzutował na to, co uważano za dobre, prawdziwe i piękne. Dowodem na to może być odbiór dwóch filmów, których premiery dzieliły zaledwie dwa lata, a mimo podobnej tematyki różniło je praktycznie wszystko – na czele z opiniami krytyków. Chodzi o ,Poniedziałek” (1999) Witolda Adamka i film ,Cześć, Tereska” (2001) Roberta Glińskiego.
Blokowisko, alkohol, niewybredny język, społeczne niziny. W obu filmach sięgnięto po ten sam krajobraz i podobnych bohaterów, które jednakże przeciwnie przedstawiono. ,Poniedziałek” nie spodobał się krytyce, co relacjonował z festiwalu w Gdyni Tadeusz Sobolewski, samemu mając Adamkowi wiele do zarzucenia. ,Cześć, Tereskę” jednakże okrzyknięto zwiastunem odrodzenia polskiej kinematografii. Co sprawiło, że oba filmy spotkały się z tak drastycznie odmiennym przyjęciem? Przede wszystkim artystyczna jakość. Trudno polemizować z ówczesnymi krytykami, że film Glińskiego bardziej świadomie i zręczniej operuje filmową formą, jest dużo lepiej zagrany, sfotografowany, napisany. Ale nie tylko ten dość pewny aspekt wpłynął na zaistniałą różnicę. Wydaje się, że wymowa tego tytułu była zbieżna ze sposobem patrzenia na rzeczywistość ówczesnej wspólnoty krytyków, natomiast chropowatość i jawna wulgarność, a nawet prostactwo ,Poniedziałku” nie licowały z wrażliwością intelektualnej elity społeczeństwa.
Chwytająca za gardło opowieść o utalentowanej, młodej dziewczynie, pragnącej później zostać projektantką mody, wyrastała z inteligenckiego etosu. Dramat Tereski, która wpadła w szpony wulgarnej koleżanki gardzącej Ci, co ambitne, wybrzmiewał, bo dotyczył rokującej jednostki. Film pochylał się nad tragedią sumienia niewinnej Tereski, a nie zepsutej do szpiku Renaty, która stała się figurą immanentnego, wręcz metafizycznego nie dobra radującego się ze ściągania z prawej drogi bezbronne owieczki. Gliński spoglądał na prywatnych bohaterów, świadomie czy też nie, z moralną wyższością. Z przekonaniem, że idealnie wie, gdzie Tereska mogłaby dojść, gdyby nie słabość charakteru, czy, jak poetycko wyraziła to Ewa Mazierska, ,gen staczania się”. Gliński stanął na podwyższeniu i moralizował: wytykał błędy, wyliczał niegodziwości, piętnował i wskazywał na niewdzięczność tej małej osóbki, której cały świat kibicował. Ona natomiast, czarcia dusza, nie posłuchała mamy, nie posłuchała księdza, nie posłuchała nauczycielki, jedynie koleżankę posłuchała. Wzięła butelkę, szluga, a potem łom.
,Cześć, Tereska” jest wyznaniem wiary w wolność ludzkiej preferuje, którą można interpretować zarówno w duchu chrześcijańskim, jak również politycznym. Całą odpowiedzialność za wybory filmowa opatrzność zrzuca na jednostkę. Jest w tym coś trudnego do zaakceptowania, wręcz perwersyjnego. Tereska zostaje wrzucona do okrutnego świata, w którym sobie ewidentnie nie radzi. Dla twórców okolicznością łagodzącą nie jest beznadzieja blokowiska, bieda rodziców, nikła szansa na dobrą edukację, brak świadomości i alternatyw. Gliński nie zwraca uwagi na to, że patologie biorą się ze złej sytuacji finansowej, a nie odwrotnie. W zamian swoim filmem dokłada kolejną cegiełkę do moralnej paniki nabrzmiałej na przełomie wieków wokół ,blokersów”.
Seans ,Cześć, Tereski” stawia widzów w komfortowej sytuacji – nie zmusza do zadawania pytań o źródła ukazanego dramatu, nie problematyzuje wpływu polityki i gospodarki na jakość życia bohaterów, pozwala z wyższością i moralnym zatroskaniem spoglądać na dramat sumienia. Przerażająca zbrodnia Tereski wydaje się być jednakże w równym stopniu symptomem czegoś niewidocznego na ekranie: bezsilności, zagubienia, beznadziei. Nie tylko bohaterki, również tych, którzy nie sięgają po łom, niemniej jednak zalewają swoją rozpacz pitym w bramie piwem, zagłuszają brak oczekiwań głośno nastawionym telewizorem, starając się sprostać konsumpcyjnym wymaganiom, okradają z drobniaków swoje koleżanki. Wskazywanie na winnych i ofiary wcale nie jest takie łatwe.
Łatwiej można to zrozumieć, gdy spojrzy się na dzieło Glińskiego z punktu widzenia filmu Adamka. To, co krytycy odnaleźli w ,Cześć, Teresce” – stanie na straży jasno określonych wartości, troska o duszę, strach przed zagładą kultury przez ,blokersowych” barbarzyńców – nie pojawiło się w ,Poniedziałku”. Przede wszystkim jego twórca – Witold Adamek, a może raczej autor scenariusza, czyli Przemysław Wojcieszek – nie chciał stawać ponad swoimi nieokrzesanymi bohaterami, tylko empatycznie wsłuchać się w ich nieskładny język, by zrozumieć powody ich bandyckiego życia.
Premiera tego filmu nastąpiła w szczególnym momencie najnowszej historii Polski. Na koniec lat 90. przypadł okres głębokiej recesji. Trudno było rozgrzeszać stanem przejściowym pogarszającą się sytuację na rynku pracy i zauważalne ubożenie społeczeństwa. Ci wraz z zatrudnieniem tracili nadzieję. Zobrazowaną w ,Poniedziałku” apatię małego miasteczka socjolog Piotr Sztompka określiłby mianem ,syndromu post-traumatycznego”. Ani jedna osoba nie garnie się do pracy, bo można albo truć się w lokalnych zakładach azbestowych, albo dilować ,koksem”. Maniek – chłopak w bejsbolówce i szerokich spodniach o aparycji osiedlowego rzezimieszka – zamiast wypłaty dostaje od szefa notesik z adresami dłużników. Zabiera ze sobą kumpla i postanawia indywidualnie odebrać należne mu pieniądze. Choć dwaj przyjaciele na to nie wyglądają, są na co dzień kochającymi mężami, a Maniek dosłownie troskliwym ojcem. Nie wahają się jednakże, ażeby wyszarpać dłużnikom ich ostatnie środki do życia. Twórcy, tożsamo jak autor ,Cześć, Tereski”, prezentują, jak bohaterowie zjeżdżają po moralnej równi pochyłej. Różnica między dwoma filmami jest jednak taka, że twórcy ,Poniedziałku” wcale nie mają zamiaru stawiać spersonalizowanych bohaterów przed sądem czy konfesjonałem.
Adamek przedstawił fragment polskiej rzeczywistości, która poprzednio była skrzętnie tuszowana w polskim kinie. Pojawiali się w nim co prawda gangsterzy, niedouczeni robotnicy, młodociani przestępcy, prostaccy wojskowi, drobne cwaniaczki, ale w każdej chwili towarzyszył im nimb czarnego charakteru, wykolejeńca, którego powinno się wyprowadzić na właściwą drogę. W ,Poniedziałku” żadna osoba nie robi bohaterom rachunku sumienia, nie zarzuca im demoralizacji, ani etycznego błądzenia. Zostali ukazani w konkretnych okolicznościach i to z punktu widzenia ,lokalsa” – podług wartości pochodzących z obrazowanego świata. Zastraszanie i brutalna egzekucja długów wzbudzają sprzeciw, niemniej jednak twórcy dokumentują rzeczywistość, w której nie istnieją etyczne i prawne normy. Świat Mańka i Dawida jest przedzielony na pół – po jednej stronie znajdują się oni, po drugiej dłużnicy. Choćby inni ludzie żyją w tej samej rzeczywistości permanentnych niedoborów kasy, oczekiwań i radości, nie łączy ich żaden rodzaj wspólnoty czy solidarności. Przewaga głównych bohaterów nad ich ofiarami leży w sile fizycznej i psychicznej zdolności do zastraszania. Nie są więc od nich w żaden metodę lepsi, nie są też gorsi – znaleźli się po tej stronie długu w jakimś stopniu przypadkowo. Na dobrą sprawę również oni mogliby się stać ofiarami kogoś podobnego do siebie. I staną się, już następnego dnia, we ,Wtorku”, czyli sequelu ,Poniedziałku”.
Gliński jednoznacznie oddziela dobro od kiepska – nie baczy na okoliczności łagodzące, lecz piętnuje. Adamek robi zupełnie inaczej. Portretując frustrację małomiasteczkowej społeczności, umieszcza ją w kontekście postępującej transformacji – stara się zrozumieć nieprzyjemnych w obyciu ludzi i tragizm wyboru, przed którym stają: zastraszać, czy samemu być zastraszanym. Twórcy ,Poniedziałku” zrezygnowali z jednoznacznych podziałów. To samo przydałoby się w pewnych sytuacjach krytyce – wyjść poza upraszczający schemat: dobre-złe, by docenić kino być może niedoskonałe warsztatowo, ale dokumentujące przekonania nieznanych do tej pory rodzimej kinematografii grup społecznych, nawet gdy reprezentowane przez nie wartości stoją w sprzeczności z osobistą wrażliwością. Taki w tej chwili jest ,Poniedziałek”: wulgarny, prostacki, barbarzyński, niemniej jednak autentyczny – rzetelnie zdający sprawę z odczuć i światopoglądu nie reprezentowanej do tej pory w polskim kinie wspólnoty kulturowej. Jest jak rodzimy hip-hop z lat 90., przed którym wzbraniali się muzyczni koneserzy narzekający na wulgaryzmy, prostotę prezentacji i formy. Jeżeli już polska odmiana rapu doczekała się z w pewnych przypadkach rehabilitacji, tak ,Poniedziałek” cały czas znajduje się w kinematograficznym Hadesie.

O gustach się nie dyskutuje – to oczywista nieprawda dla każdego krytyka, choć ostateczną miarą jest dla niego zawsze osobisty smak i wrażliwość. Możemy zatem wspólnie spierać się i godzić nad wartością czy interpretacją filmu, ażeby następnie wrócić do swojej jaskini subiektywizmu i pisać w niej, co myślimy i uważamy. Zamknięci w bańce swoich przekonań filmowi publicyści opakowują kolejne tytuły we osobiste sądy i jednym słowem potrafią spychać dzieła do kinematograficznego Hadesu – na wieczne potępienie. Podróże do świata zmarłych do łatwych i bezpiecznych nie należą, niemniej jednak w pewnych przypadkach warto przebyć tę drogę, żeby przywrócić światu zapomniane.

Co konstytuuje dobrego krytyka? Smak, erudycja, dobry warsztat – na pewno. Ale co jeszcze powinno go określać? Zapewne mogą pojawić się różne propozycje. Moja brzmi: być może skazana na porażkę próba wyjścia poza swoją bańkę indywidualnych wartości i sądów. Może łatwiej byłoby powiedzieć: empatia – wobec filmu, wobec jego bohaterów, wobec autora i jego wartości wpływających na ostateczny kształt dzieła. Rozdawanie razów przychodzi z łatwością. Wielu filmom się one należą – dyscyplinują rozbuchane ego twórców, strzegą jakości, uwrażliwiają. Wpychają też w niebyt, ,szlachtują” autorów i dzieła, które nie trafiły na swój czas, nie zbiegły się z dominującą wśród krytyków wrażliwością, czy zwyczajnie zostały źle zrozumiane. Dzisiaj, w epoce mediów społecznościowych, forum Filmwebu, pączkujących blogów filmowych, właściwie każdy może wypowiedzieć się i pozyskać posłuch. Krytyka się demokratyzuje. Gusta, wrażliwości, smaki krzyżują i zlewają w kakofonię głosów. Można się w tym nadmiarze utopić, lub w nim pławić. Ja powiem, ,dużo lepiej jak jest więcej”: zdań, sporów, ocen, opinii.

 

Jeszcze piętnaście lat temu, przed epoką internetu w Polsce, sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Kilkudziesięciu opiniotwórczych krytyków, dwa istotne filmowe gazety, kilka poczytnych kulturalnych rubryk w znanych gazetach. Zamknięte grono debatowało i wyrokowało. Czytając recenzje z przełomu wieków, można odnieść złudzenie, że była to dość jednolita wspólnota – wyrastająca z etosu inteligenckiego, ceniąca kulturę wysoką, strzegąca dobrego smaku. Nieprosto nie odnieść wrażenia, że profil publicystów rzutował na to, co uważano za dobre, prawdziwe i piękne. Dowodem na to ma możliwość być odbiór dwóch filmów, których premiery dzieliły zaledwie dwa lata, a pomimo podobnej tematyki różniło je praktycznie wszystko – na czele z opiniami krytyków. Chodzi o ,Poniedziałek” (1999) Witolda Adamka i film ,Cześć, Tereska” (2001) Roberta Glińskiego.

Blokowisko, alkohol, niewybredny język, społeczne niziny. W obu filmach sięgnięto po ten sam krajobraz i podobnych bohaterów, które jednakże zupełnie inaczej przedstawiono. ,Poniedziałek” nie spodobał się krytyce, co relacjonował z festiwalu w Gdyni Tadeusz Sobolewski, własnymi siłami mając Adamkowi kilka do zarzucenia. ,Cześć, Tereskę” jednak okrzyknięto zwiastunem odrodzenia polskiej kinematografii. Co sprawiło, że oba filmy spotkały się z tak drastycznie odmiennym przyjęciem? Głównie artystyczna jakość. Trudno polemizować z ówczesnymi krytykami, że film Glińskiego bardziej świadomie i zręczniej operuje filmową formą, jest dużo lepiej zagrany, sfotografowany, napisany. Ale nie tylko ten dość niezbity aspekt wpłynął na zaistniałą różnicę. Wydaje się, że wymowa tego tytułu była zbieżna ze sposobem patrzenia na rzeczywistość ówczesnej wspólnoty krytyków, jednak chropowatość i jawna wulgarność, a wręcz prostactwo ,Poniedziałku” nie licowały z wrażliwością intelektualnej elity społeczeństwa.

 

Chwytająca za gardło opowieść o utalentowanej, młodej dziewczynie, pragnącej później zostać projektantką mody, wyrastała z inteligenckiego etosu. Dramat Tereski, która wpadła w szpony wulgarnej koleżanki gardzącej Wam, co ambitne, wybrzmiewał, bo dotyczył rokującej jednostki. Film pochylał się nad tragedią sumienia niewinnej Tereski, a nie zepsutej do szpiku Renaty, która stała się figurą immanentnego, dosłownie metafizycznego kiepska radującego się ze ściągania z prawej drogi bezbronne owieczki. Gliński spoglądał na swoich bohaterów, świadomie czy także nie, z moralną wyższością. Z przekonaniem, że doskonale wie, gdzie Tereska mogłaby dojść, gdyby nie słabość charakteru, czy, jak poetycko wyraziła to Ewa Mazierska, ,gen staczania się”. Gliński stanął na podwyższeniu i moralizował: wytykał niedociągnięcia, wyliczał niegodziwości, piętnował i wskazywał na niewdzięczność tej małej osóbki, której cały świat kibicował. Ona natomiast, czarcia dusza, nie posłuchała mamy, nie posłuchała księdza, nie posłuchała nauczycielki, jedynie koleżankę posłuchała. Wzięła butelkę, szluga, a potem łom.

,Cześć, Tereska” jest wyznaniem wiary w wolność ludzkiej woli, którą można interpretować zarówno w duchu chrześcijańskim, jak również politycznym. Całą odpowiedzialność za wybory filmowa opatrzność zrzuca na jednostkę. Jest w tym coś trudnego do zaakceptowania, wręcz perwersyjnego. Tereska zostaje wrzucona do okrutnego świata, w którym sobie ewidentnie nie radzi. Dla twórców okolicznością łagodzącą nie jest beznadzieja blokowiska, bieda rodziców, nikła szansa na dobrą wiedzę, brak świadomości i alternatyw. Gliński nie zwraca sugestie na to, że patologie biorą się ze złej sytuacji finansowej, a nie odwrotnie. W zamian swoim filmem dokłada kolejną cegiełkę do moralnej paniki nabrzmiałej na przełomie wieków wokół ,blokersów”.

 

Seans ,Cześć, Tereski” stawia widzów w komfortowej sytuacji – nie zmusza do zadawania pytań o źródła ukazanego dramatu, nie problematyzuje wpływu polityki i gospodarki na jakość życia bohaterów, pozwala z wyższością i moralnym zatroskaniem spoglądać na dramat sumienia. Przerażająca zbrodnia Tereski być może jest jednakże w równym stopniu symptomem czegoś niewidocznego na ekranie: bezsilności, zagubienia, beznadziei. Nie tylko bohaterki, również tych, którzy nie sięgają po łom, ale zalewają swoją rozpacz pitym w bramie piwem, zagłuszają brak oczekiwań głośno nastawionym telewizorem, starając się sprostać konsumpcyjnym wymaganiom, okradają z drobniaków własne koleżanki. Wskazywanie na winnych i ofiary wcale nie jest takie proste.

Łatwiej można to zrozumieć, gdy spojrzy się na dzieło Glińskiego z perspektywy filmu Adamka. To, co krytycy odnaleźli w ,Cześć, Teresce” – stanie na straży jasno określonych wartości, troska o duszę, strach przed zagładą kultury przez ,blokersowych” barbarzyńców – nie pojawiło się w ,Poniedziałku”. Przede wszystkim jego twórca – Witold Adamek, a może raczej autor scenariusza, czyli Przemysław Wojcieszek – nie chciał stawać ponad swoimi nieokrzesanymi bohaterami, tylko empatycznie wsłuchać się w ich nieskładny język, by zrozumieć powody ich bandyckiego życia.

 

Premiera tego filmu nastąpiła w szczególnym momencie najnowszej historii Polski. Na koniec lat 90. przypadł okres głębokiej recesji. Bardzo trudno było rozgrzeszać stanem przejściowym pogarszającą się sytuację na rynku pracy i zauważalne ubożenie społeczeństwa. Inni ludzie wraz z zatrudnieniem tracili nadzieję. Zobrazowaną w ,Poniedziałku” apatię małego miasteczka socjolog Piotr Sztompka określiłby mianem ,syndromu post-traumatycznego”. Nawet jedna osoba nie garnie się do pracy, bo można albo truć się w lokalnych zakładach azbestowych, lub dilować ,koksem”. Maniek – chłopak w bejsbolówce i szerokich spodniach o aparycji osiedlowego rzezimieszka – zamiast wypłaty dostaje od szefa notesik z adresami dłużników. Zabiera ze sobą kumpla i postanawia indywidualnie odebrać należne mu pieniądze. Choćby dwaj przyjaciele na to nie wyglądają, są codziennymi kochającymi mężami, a Maniek nawet troskliwym ojcem. Nie wahają się natomiast, by wyszarpać dłużnikom ich ostatnie środki do życia. Twórcy, bardzo podobnie jak autor ,Cześć, Tereski”, pokazują, jak bohaterowie zjeżdżają po moralnej równi pochyłej. Różnica między dwoma filmami jest jednakże taka, że twórcy ,Poniedziałku” wcale nie planująu stawiać indywidualnych bohaterów przed sądem czy konfesjonałem.

Adamek przedstawił fragment polskiej rzeczywistości, która wcześniej była skrzętnie tuszowana w polskim kinie. Pojawiali się w nim co prawda gangsterzy, niedouczeni robotnicy, młodociani przestępcy, prostaccy wojskowi, drobne cwaniaczki, niemniej jednak za każdym razem towarzyszył im nimb czarnego charakteru, wykolejeńca, którego trzeba wyprowadzić na właściwą drogę. W ,Poniedziałku” żadna osoba nie robi bohaterom rachunku sumienia, nie zarzuca im demoralizacji, ani etycznego błądzenia. Zostali ukazani w konkretnych okolicznościach i to z perspektywy ,lokalsa” – podług wartości pochodzących z obrazowanego świata. Zastraszanie i brutalna egzekucja długów wzbudzają sprzeciw, niemniej jednak twórcy dokumentują rzeczywistość, w której nie istnieją etyczne i prawne normy. Świat Mańka i Dawida jest przedzielony na pół – po jednej stronie znajdują się oni, po drugiej dłużnicy. Choćby Ci żyją w tej samej rzeczywistości permanentnych niedoborów kasy, nadziei i przyjemności, nie łączy ich żaden rodzaj wspólnoty czy solidarności. Przewaga kluczowych bohaterów nad ich ofiarami leży w sile fizycznej i psychicznej zdolności do zastraszania. Nie są zatem od nich w żaden metodę lepsi, nie są również gorsi – znaleźli się po tej stronie długu w jakimś stopniu przypadkowo. Na dobrą sprawę także oni mogliby się stać ofiarami kogoś podobnego do siebie. I staną się, już następnego dnia, we ,Wtorku”, czyli sequelu ,Poniedziałku”.

 

Gliński dobitnie oddziela dobro od nie dobra – nie baczy na okoliczności łagodzące, lecz piętnuje. Adamek robi zupełnie inaczej. Portretując frustrację małomiasteczkowej społeczności, umieszcza ją w kontekście postępującej transformacji – stara się zrozumieć nieprzyjemnych w obyciu ludzi i tragizm wyboru, przed którym stają: zastraszać, czy samemu być zastraszanym. Twórcy ,Poniedziałku” zrezygnowali z jednoznacznych podziałów. To samo przydałoby się w pewnych sytuacjach krytyce – wyjść poza upraszczający schemat: dobre-złe, by docenić kino być może niedoskonałe warsztatowo, ale dokumentujące przekonania nieznanych do tej pory rodzimej kinematografii grup społecznych, nawet gdy reprezentowane przez nie wartości stoją w sprzeczności z osobistą wrażliwością. Taki w tym momencie jest ,Poniedziałek”: wulgarny, prostacki, barbarzyński, ale autentyczny – rzetelnie zdający sprawę z odczuć i światopoglądu nie reprezentowanej do tej pory w polskim kinie wspólnoty kulturowej. Jest jak rodzimy hip-hop z lat 90., przed którym wzbraniali się muzyczni koneserzy narzekający na wulgaryzmy, prostotę pokazu i formy. Jeżeli polska odmiana rapu doczekała się z nierzadko rehabilitacji, tak ,Poniedziałek” cały czas znajduje się w kinematograficznym Hadesie.

 

Leave a Comment